Świąteczna historia

Nie wiem jak Wy, ale ja lubię planować i robię to nagminnie. Wraz z moją męską połówką uzupełnieniamy się tym, że On planuje rzeczy maksymalnie dwa tygodnie do przodu, a ja lata do przodu. Jeszcze nie minęły te święta, a ja już zaplanowałam prezentowy przewodnik „dla Mikołaja” na przyszły rok. Ba, wiem nawet, że następne święta będą najbardziej magiczne ze wszystkich, bo w większym gronie. W końcu! W końcu nie będzie nas, jak co roku, mniej lecz więcej. Poza tym, wydaje mi się, że święta dostają tej magii właśnie przez obecność tej maleńkiej istoty, która rodzinne serca rozpala na nowo. Co roku zależy mi, aby moja bratanica miała najbardziej magiczne święta na świecie, aby wierzyła, że jest Mikołaj i żeby czuła tę magię świąt, nawet gdy nie ma śniegu za oknem… (co jak co, ale śnieg to +10 do magii świat!), dlatego jestem przekonana, że gdy moje własne, prywatne dziecię będzie już na świecie to pewnie stanę na głowie, aby święta były jak z reklamy Coca-Coli – czaderskie na maksa.

Dlaczego to jest dla mnie ważne?

Odpowiedź jest prosta – sama ze świętami mam najwięcej przepięknych wspomnień. Duża część wspomnień z dzieciństwa to wspomnienia właśnie z okresu świąt. Do dzisiaj jak je wspominam to czuję tę rodzinną atmosferę (mimo że podczas pisania postu siedzę sama w domu), czuję ją w sobie i nawet nie wiem kiedy, ale uśmiecham się. Tak w środku. Dlatego chciałabym żeby moje dzieci również mogły posiadać w swojej kolekcji masę magicznych wspomnień związanych z tym rodzinnym czasem w grudniu. (nie jestem w ciąży bliźniaczej, „moje dzieci” to wszystkie najkochańsze dzieci w mojej rodzinie – te młode, i te stare, które wiekiem nawet mnie przewyższają)

Jedno z najbardziej ekscytujących wspomnień jakie pamiętam to moment kiedy odkryłam, że… sami przeczytajcie!

Miałam kilka lat (nie wiem dokładnie ile) i święta spędzałam u chrzestnego. Uwielbiałam do niego jeździć, bo wtedy jego (jeszcze) narzeczona mieszkała w domku jednorodzinnym, a jak byłam dzieckiem to o niczym nie marzyłam tak mocno jak o zamieszkaniu właśnie w domku. Czasu więcej spędzałam z nią niż z nim, bo wiadomo jak to chłop do dziecka… fajnie, fajnie, ale kobiety mają cieplejsze podejście. Do dzisiaj zostało tak, że to z Kasią (jego już od dawna żoną) wiszę na telefonie godzinami, a z mym chrzestnym złożymy sobie życzenia, zamienimy „dwa słowa” i tyle. 😉

Otóż, tamte święta miały odbyć się w jej rodzinnym domu, wszyscy byli zajęci przygotowaniami, a ja jako bezproblemowe dziecko stwierdziłam, że żeby nikomu nie przeszkadzać, pobawię się w pokoju „niczyim”, w którym były schody prowadzące na strych.

Kilka dni wcześniej byłam z Kasią i Przemkiem na zakupach, którzy zabrali mnie do Smyka i powiedzieli, że mogę sobie wybrać jakąś zabawkę. Byłam w niebo wzięta – to było naprawdę spełnienie mojego największego marzenia (zaraz po domu jednorodzinnym). Moi rodzice zawsze tłumaczyli się, że „nie mają pieniążków” na moje wymysły, więc taka propozycja od chrzestnego i jego narzeczonej to było dla mnie coś nie do opisania. Błąkałam się pomiędzy regałami. Chciałam, aby mój wybór był przemyślany i żeby to była zabawka, o której naprawdę marzę. Z uwagi na to, że rzadko dostawałam zabawki „marzeń”, bo najzwyczajniej na świecie były okropnie drogie to ich lista była dość długa. Musiałam zdecydować, czy z listy zabawek marzeń wolę to, czy tamto… W końcu po długich rozmyślaniach, po rozwiązaniu wielkich dylematów, wybór padł na… lalkę Barbie w ciąży. Pokazałam ją moim wybawcom, a oni stwierdzili bardzo przekonującym tonem, że ten prezent jest za drogi i nie mają tyle pieniędzy. Dodali szybko, że mogę wziąć coś tańszego. Zawiedziona, ale nie zła, czy obrażona, razem z Kasią wybrałam tańszy prezent.

Gdy kilka dni później bawiłam się w „pokoju niczyim”, pod schodami na strych stały piękne, kolorowe torby prezentowe. Z daleka widziałam, że puste to one nie stoją… Dzieckiem byłam wstydliwym, cichym, spokojnym i napewno nie wścibskim, ale przyrzekam, że wtedy ogarnęła mnie taka ciekawość, że nie mogłam się powstrzymać. To nie była zwykła ludzka ciekawość, to była ciekawość jaka nigdy później mnie nie opętała. Zrobiło mi się gorąco na samą myśl, że odkryłam prezenty „od Mikołaja”, serce waliło jak młot, a ja stałam nieruchomo wpatrzona w torebki z prezentami. Dobrze wiedziałam, że ta torba w postacie z bajki jest z prezentem dla mnie, bo byłam jedynym planowanym dzieckiem przy wigilijnym stole. Z lekkim paraliżem, znowu musiałam rozstrzygnąć kolejny dylemat – iść, czy nie? Opętała mnie tak silna chęć zobaczenia tego prezentu (po samej kolorowej torebce widziałam, że będę najszczęśliwszym dzieckiem świata – już samo opakowanie wyglądało jak marzenie), że zdecydowałam tam zajrzeć, na sekundkę.

Ta chwila naprawdę trwała kilka sekund, bo miałam wrażenie, że robię coś zakazanego dlatego musiało się to skończyć jak najszybciej i tak też było, ale to co ukazało się moim oczom po rozchyleniu kolorowego pakunku pamiętam do dzisiaj. Do teraz na samą myśl o tamtym dniu uśmiecham się i pamiętam jak było mi gorąco i jak mocno waliło mi serce. W kolorowej torebce była… lalka Barbie w ciąży. Myślałam, że zemdleję z wrażenia. Wtedy domyśliłam się, że Mikołaj nie istnieje, albo że jest nim mój chrzestny z narzeczoną. Ta druga wersja wydawała mi się mało prawdopodobna, bo po co „Mikołaj chrzestny” miałby się przede mną ukrywać? Dlatego pomału domyślałam się, że jego nie ma, ale potwierdzenia i tak do dzisiaj nie znalazłam…

Natomiast za ciekawość pokarało mnie bardzo szybko, do samej Wigilii nie byłam pewna, czy ten prezent jest napewno dla mnie. Niby byłam jedynym dzieckiem, ale przecież nikt mi nie potwierdził, że to prezent dla mnie. Nikogo też o to spytać nie mogłam, bo po pierwsze, nie powinnam była tam zaglądać, więc lepiej jakby nikt o tym nie wiedział. Po drugie, jeśli był to prezent rzeczywiście dla mnie, i rzeczywiście od chrzestnego i Kasi to natrudzili się, aby kupić mi ten drogi prezent, aby go schować i utrzymać to w tajemnicy… nie mogłam popsuć ich starań. I tak o to dzień, w dzień do samej Wigilii myślałam o kolorowym pakunku czekającym na szczęśliwca pod schodami na strych. Czekałam z lekkim stresem, ale i z wielkim uśmiechem na buzi, bo w głębi serca mocno wierzyłam, że Święty Mikołaj postara się, aby ten prezent trafił do mnie i tak też się stało, za co bardzo mu w myślach dziękowałam.

Dzisiaj mogę podziękować Kasi i Przemkowi za to, że dzięki nim mam w swojej kolekcji historii mam właśnie to świąteczne wspomnienie. Dziękuję również Mikołajowi, że podrzucił im prezent dla mnie 😉 Przecież wszyscy wiemy, że to jego sprawka.

A Wy, jakie macie świąteczne wspomnienia, do których lubicie myślami wracać? 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.