Kopenhaga

Podróż do Kopenhagi była moją pierwszą podróżą zagraniczną w pojedynkę. Nie było to miejsce, które planowałam odwiedzić. W sumie, to nawet nie za bardzo interesowałam się jego istnieniem. Wyruszyłam tam z uwagi na zaproszenie. Zostałam zaproszona do tego miasta przez moich dwóch, serdecznych kolegów. Czy żałuję? Oczywiście, że nie. Nie wiem, czy są podróże, których można żałować. Niestety, pamiętam tę wizytę przez mgłę – było to ok. 6 lat temu, była to pierwsza moja podróż tego typu, pojechałam w odwiedziny serdecznych ludzi, a nie nastawiona typowo na zwiedzanie.

Moja podróż do tego miejsca teraz wyglądałaby inaczej. Myślę, że dorosłam do zwiedzania. Na pewno jestem bardziej „dojrzała” w tej kwestii niż byłam kilka ładnych lat wstecz. Wtedy nie za bardzo wiedziałam jak to zrobić, jak zaplanować i nie jestem pewna, czy wszystko co Kopenhaga ma do zaoferowania mnie interesowało. Teraz na pewno zrobiłabym więcej zdjęć, aby nie pamiętać tego wszystkiego jak przez mgłę, na pewno uważniej słuchałabym przewodników i na pewno zwracałabym uwagę na inne rzeczy dookoła mnie. Wniosek? Trzeba tam wrócić.

To co zapamiętałam z Kopenhagi to to, że wydałam tam dużo pieniędzy. Ponad 2000 zł nie brzmi dużo jak na wycieczkę zagraniczną, jednak perspektywa widzenia zmienia się, gdy dojdzie do ciebie, że w tej kwocie nie mieści się mój przelot tam, nocleg oraz wyżywienie. Teraz brzmi dużo?

Wyżywienie i nocleg miałam zapewnione przez Bartka i Kubę. Lot samolotem nie kosztował wiele, bo lądowałam w szwedzkim Malmo, a nie Kopenhadze. Nie wiem jak teraz, ale wtedy różnica cen biletów bezpośrednio do stolicy Danii, a pobliskiego szwedzkiego miasta była kosmiczna. Dlatego opłacało mi się dolecieć do Szwecji i stamtąd dostać się do Kopenhagi korzystając ze słynnego mostu, który te dwa kraje łączy.

Skoro nie wydałam pieniędzy, ani na jedzenie, ani na nocleg to wniosek nasuwa się sam – całą kasę wydałam na pamiątki i pierdoły. Nic bardziej mylnego! Z pamiątek kupiłam bratu koszulkę z muzeum Carlsberga oraz aromatyczną sól z przyprawami dla babci na Torvehallerne, Israels Plads. Swoją drogą, pamiętam, że to miejsce podobało mi się tak bardzo, że zamówiłam tam kawę, usiadłam i obserwowałam ludzi przechadzających się obok.

Moja wizyta w Kopenhadze była czarująca. Pierwszy raz, gdy nie byłam nastawiona na zwiedzanie, na robienie zdjęć i nie byłam w grupie. Wstawałam kiedy chciałam – to akurat minus, bo mogłabym spać całe dni. Spacerowałam gdzie chcę i przez to, że nie byłam nastawiona na zobaczenie „jak najwięcej” – odpoczywałam. Taki rodzaj turystyki bardzo mi odpowiada. Odpoczywać, myśleć, złapać dystans do świata, który czeka po powrocie. Tak właśnie miałam podczas mojego długiego popołudnia na Torvehallerne, Israels Plads. Tak właśnie pamiętam wizytę w Kopenhadze – jako pauzę.

Oczywiście nie siedziałam cały dnie i nie obserwowałam ludzi, wstawać też starałam się wcześnie (było ciężko). Moi serdeczni koledzy starali się, abym zwiedziła co nieco, więc starali się tak planować swój czas, aby po pracy zawsze któryś mnie wziął i coś pokazał. No to zaczynamy!

Kopenhaga to miasto rowerów. Trochę jak Zelów w województwie łódzkim, ale w stolicy Danii tych dwukołowych cacek jest więcej! Niedaleko ogrodów Tivoli, na ulicy jest nawet licznik, który dumnie informuje ile danego dnia przejechało tym miejscem rowerów – liczby są ogromne. Nawet w witrynie sklepie Louis Vuitton stał przepiękny, diabelsko drogi rower! Stolica Danii to zdecydowanie królestwo tego wynalazku. Ja rowerem również się poruszałam, ale w nieco inny sposób niż Duńczycy, bo… na bagażniku! Oj tak, ruch tam jest tak wzmożony – zarówno aut i dwukołowych pojazdów – że bałam się jeździć rowerem. Ogółem jestem osobą, która boi się wszystkiego. Jednak swoją niechęć do jazdy rowerem mogę usprawiedliwić w ten sposób, że jestem osobą niskiego wzrostu i hamowanie na światłach zmuszałoby mnie do zeskakiwania za każdym razem. Wyżsi wyciągną tylko nogę, aby się podeprzeć i mogą bez stresu czekać, aż zielona lampka pozwoli im gnać dalej. Nawet w przypadku nagłej potrzeby zahamowania mogą wyciągnąć nogę i dotknąć ziemi – ja nie, a gdy nie mam możliwości panowania nad swoim położeniem to panikuję. Dlatego namówiłam Kubę na wożenie mnie na bagażniku (trening lepszy niż na siłowni).

Fontanna Gefion

Tak o to rowerem dojechaliśmy do słynnej, duńskiej syrenki. Dość długo jej szukaliśmy. Jest mniejsza od naszej warszawskiej, ale nie musicie się martwić o to, że jej nie znajdziecie. Jest oblegana przez masę turystów, a te tłumy można zobaczyć z daleka. Później popędziliśmy do cytatedli Kastallet, którą polecam wszystkim gorąco. Kubie starczyło sił, aby mnie zabrać do fontanny Gefion, która okazała się być jedną z najbardziej okazałych jakie do tej pory widziałam. Później bardzo długo wracaliśmy do domu. Tu przytrafiło mi się coś śmiesznego – gdy w pierwszą stronę co chwilę zatrzymywaliśmy się na zdjęcia, na zwiedzanie, na przerwę tak w drodze powrotnej pędziliśmy prosto do domu. To był luty. Gdy po 30 minutowej jeździe na bagażniku dotarliśmy pod dom, nie mogłam zejść z bagażnika – zamarzłam. Kuba ryczał ze śmiechu, a ja okrakiem wchodziłam po schodach. Dlatego pamiętajcie, nigdy nie jeździjcie na bagażniku zimą. NIGDY!

Zamek królewski Amalienborg

Odwiedziłam również zamek królewski Amalienborg, który nie wydaje się być tak wielki jak pałac Buckingham, ale jest bardziej otwarty dla ludzi, ponieważ dziedziniec nie jest wyłączony z ruchu drogowego. Ten fakt ma symbolizować otwartość rodu królewskiego na poddanych. Zmianę warty nie było dane mi zobaczyć, ponieważ odbywała się codziennie o 12:00, a ja w tych godzinach miałam lepsze zajęcia takie jak…np. spanie. Pamiętam też, że zamek ten nazywany jest również jako zimowy, bo rodzina królewska przeprowadza się do niego na okres zimy. Skoro już o królewskich klimatach zaczęłam prawić to muszę przyznać, że gdybym była królową to wolałabym mieszkać w zamku Rosenborg. Jest piękny! Nawet zimą można było zauważyć potencjał ogrodów go otaczających. Wolę nie myśleć jak pięknie jest latem. Obecnie jest to muzeum i rodzina królewska tam nie pomieszkuje. Zupełnie nie wiem jak mogli dać się tak wyrolować?

Byłam też w muzeum Carlsberga, ale o tym kiedy indziej napiszę. Odwiedziłam również znaną dzielnicę Kopenhagi Christianię – jest to świat zupełnie odcięty od tego co dzieje się w stolicy. Trochę tak jakbyśmy mogli jednym krokiem przenieść się w zupełnie inną część kuli ziemskiej. Wyobraźcie sobie jak się tam czułam skoro ja nawet jazdy na rowerze się obawiam… Więcej o Christianii pisałam tu.

W tym miejscu powinnam podziękować mojemu sponsorowi tej wycieczki. Nawet wspominając tę wizytę, wypoczywam. Mogłam tam być dzięki mojemu bratu, który bardzo dofinansował tę podróż. Tomku, dziękuję 🙂


Wszystkie zdjęcia w poście pochodzą z darmowego banku zdjęć. Moje prywatne utknęły na komputerze, który jest popsuty. Może to i dobrze? Te wydają się być ładniejsze. Co najważniejsze – nie są robione zimą.

3 uwagi do wpisu “Kopenhaga

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.