Włoskie Dolomity zimą

Sporty zimowe budzą wiele pozytywnych emocji. Co prawda, nie we mnie, ale w innych dookoła. Mój brat uwielbia jeździć na łyżwach i jest w tym baaardzo dobry, Jedyny uwielbia snowboard, a gdyby ktoś zaproponował mu naukę skoków narciarskich to na 100% by się zgodził. Całe rodziny kibicują przed telewizorami naszym skoczkom. No dzieje się, dzieje… Tylko ja taka łamaga jeśli chodzi o te wszystkie „zimowe smaczki”. Jedyny postanowił to zmienić i zabrał mnie na narty…

Pierwsze godziny jazdy przeżyłam na stoku w Polsce. Nawet nie pamiętam nazwy tego miejsca. Może to i dobrze, bo zrobiłabym tylko antyreklamę? Tłum, szorstki, dziwny śnieg i to zjeżdżanie „dwa metry” po to, aby zaraz znowu stać w kolejce i wjechać na górę. Co się tym wszystkim ludziom w tym podoba??

Efekty były mizerne. Dokonałam tylko niedokonanego i w mojego profesjonalnego instruktora – Maćku, dziękuję za cierpliwość – wjechałam jak nikt na świecie. Zdjęcie dowodowe poniżej.

Po tych przygodach mogłam wracać do domu.

Jedyny natomiast nie odpuścił i postanowił, że zabierze mnie na narty za granicę. I tak o to dwa miesiące później byłam w drodze do pięknych, ukochanych Włoch. Zaopatrzona w narty, kask i inne gadżety.

We Włoszech byłam chyba jedyną tak dramatyczną postacią na stoku. Płacz, panika i cholera wie co jeszcze… Coś strasznego. Wsadzenie mnie na narty było chyba największą karą. Po dwóch dniach zrobiłam sobie całodniową przerwę, bo nie dałabym rady. Nawet nie fizycznie, ale psychicznie. Gdy wsadzicie na narty osobę, która boi się prędkości i wysokości to takie są tego efekty. A we Włoszech prędkości można nabrać, bo stoki są… piękne.

Zupełnie inny śnieg, o wieeele więcej miejsca i długość tras to tylko jedne z niewielu zalet jakie mają dla narciarzy włoskie góry. Dlatego polecam każdemu, aby wybrał się tam! Koniecznie.

Włoskie stoki przygotowywane są codziennie. W każdy wieczór jeżdżą tam ogromne pługi, które robią porządek po całodniowej jeździe zimowych zapaleńców. Pługi te po nocy zaczynają swoją pracę ponownie od rana, przed otwarciem stoków. Warunki są cudowne. Miękki, cudownych śnieżek na tych długich i szerokich trasach. Dla kogoś kto się uczy, szerokość tras ma znaczenie. Dzięki nim na stoku jest więcej miejsca i nie trzeba martwić się innymi narciarzami. Człowiek czuje się bezpieczniej. Dlatego na pierwsze narciarskie zjazdy polecam włoskie Dolomity. Dla zaawansowanych zimowych zapaleńców plusem będzie to, że trasy tam mają po kilkadziesiąt kilometrów. Ze swojego miejsca początkowego na nartach można dojechać do zupełne innego kurortu!

Ferie zimowe we Włoszech polubią również ci, którzy uwielbiają dobre, włoskie jedzenie. Pizza na włoskim stoku była jedną z lepszych jakie jadłam. Nie można również opuścić włoskich gór bez spróbowania bombardino. To był lek na całe zło jakie spotkało mnie przez te przyczepione do nóg dwa badyle. Rozgrzewało i zabierało w niepamięć całe doświadczone zło.

Ogromnym plusem była również pogoda. Co widać na załączonym wyżej obrazku. Na nartach można się nieźle spalić. I te widoki… niezapomniane.

Jeśli chodzi o ceny to są one porównywalne do cen w Polsce. Wydaje mi się, że jest nawet taniej – jeśli weźmiemy pod uwagę komfort jazdy. Jest on największą różnicą pomiędzy stokami włoskimi, a polskimi. Jeśli jedziemy całą rodziną to różnica w cenach wyjdzie z korzyścią dla Włoch. Zaoszczędzi się nie tylko na karnetach, ale również na noclegu. Cudowne jest również to, że we Włoszech można znaleźć noclegi praktycznie na samym stoku. Wstajesz rano, wychodzisz na balkon i widzisz tych zimowych wariatów. Zaoszczędza to czas i jest dodatkowym plusem w rubryce „komfort”, bo nie musimy dojeżdżać na stok autobusem.

Widok z mojego balkonu

Jeśli chodzi o autobusy to w cenie karnetu mamy poruszanie się nimi. Jeśli więc nie zdążycie przed zamknięciem stoku wrócić do domu, bo zostały wyłączone wyciągi, a bez podciągnięcia się nie ma możliwości dojechania na nartach do domu to… wystarczy wyjść ze stoku i poszukać autobusów. Karnet jest autobusowym biletem nie tylko w kurorcie, w którym go kupiliśmy lecz nawet w tych oddalonych o kilkadziesiąt kilometrów.

Zauroczona byłam również kulturą na stoku. Z tą miałam najwięcej do czynienia, bo każdy kto widział mnie stawał i pytał się czy jakoś mi pomóc. Niezależnie od tego czy zjeżdżałam zrezygnowana na pupie, czy akurat miałam twarzowe spotkanie ze śniegową „glebą”, czy przez moje łzy nie widziałam zupełnie nic. Każdy podawał rękę, uśmiechał się i jakoś tak mentalnie pomagał.

Zdjęć za dużo nie robiłam. Telefon zostawiałam w pokoju z uwagi na jego bezpieczeństwo, pancerny tak jak mój tyłek to on nie jest. W czwartym dniu pobytu przestałam się tak panicznie bać stromych zjazdów, a w piąty dzień zaczęło mi się nawet podobać…

Jeździcie? Planujecie? Jakie są Wasze wspomnienia?


Więcej zdjęć na Instagramie.

8 uwag do wpisu “Włoskie Dolomity zimą

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.